Dziewczyny, musimy porozmawiać o zeszłym czwartku. To nie był zwykły czwartek. To był dzień, w którym kalorie przestały istnieć, a nasze kubki smakowe złożyły oficjalne podziękowanie za wzorową służbę. Wszystko za sprawą Michała i jego „kulinarnego zamachu” na nasze postanowienia o zdrowym odżywianiu.
Michał przyniósł ciasto czekoladowe, które… no cóż, powiedzmy to wprost: sprawiło, że przez chwilę zapadła cisza jak w kościele. Nie wiem, czy moja wersja będzie choć w połowie tak genialna jak jego oryginał (Michale, jeśli to czytasz – poprzeczka wisi na poziomie Mount Everestu!), ale muszę się z Wami podzielić tym przepisem. To absolutne niebo w gębie, a forma rolady sprawia, że wygląda się przy jej robieniu na profesjonalną pastry-chef.
Chwytajcie fartuchy, robimy to!
Krok 1: Biszkopt, który nie strzela fochów
Zaczynamy od bazy. Ten biszkopt jest lekki jak chmurka i, co najważniejsze, współpracuje przy zwijaniu.
5 jajek (rozmiar L, niech mają trochę życia w sobie)
125 g cukru
100 g mąki pszennej
25 g kakao (dobrej jakości, chcemy głębi koloru!)
Instrukcja obsługi: Białka ubijamy na sztywno, ale bez agresji – stopniowo dodajemy cukier, aż masa będzie lśnić i całkowicie go rozpuści. Następnie dodajemy po jednym żółtku, mieszając delikatnie szpatułką (odkładamy mikser, to moment na czułość!). Na koniec przesiewamy mąkę z kakao i mieszamy z gracją baletnicy.
Wylewamy na dużą blachę (min. 32×38 cm) i pieczemy w 180°C przez 13-15 minut.
PRO TIP: Wyjmij gorące i od razu zwiń w rulon razem z papierem lub ściereczką. Niech się przyzwyczaja do nowego kształtu!
Krok 2: Krem budyniowy (czyli legalny doping)
Zapomnijcie o gotowcach. Tu wjeżdża masło i czekolada.
0,5 l mleka
2 budynie śmietankowe
2 łyżki cukru
Kostka masła (prawdziwego, 82% tłuszczu!)
Tabliczka ulubionej czekolady
Gotujemy budyń na mleku z cukrem i studzimy go (cierpliwość to cnota). Masło ubijamy na puch i dodajemy po łyżeczce budyniu, aż powstanie aksamitny krem. Na koniec wlewamy rozpuszczoną, ale chłodną czekoladę. Jeśli w trakcie obliżesz palce – nie oceniam. Robię to samo.
Krok 3: Żelka malinowa – kwaśny akcent
To ona robi tu robotę i przełamuje słodycz czekolady.
Szklanka malin (mrożone są idealne)
Galaretka malinowa + szklanka wody
Rozpuszczamy galaretkę we wrzątku i wrzucamy mrożone maliny. Dzięki temu żelka zastygnie szybciej, niż zdążysz powiedzieć „dieta od poniedziałku”.
Wielki finał (Składanie)
Rozwijamy biszkopt. Jeśli macie ochotę na wersję „dla dorosłych”, możecie go nasączyć czymś z procentem (nasze ciasto było nasączone konkretnie 🙂 ) . Smarujemy kremem czekoladowym, a na samym przodzie układamy pasek tężejącej żelki malinowej.
Zwijamy to wszystko ciasno (wyobraźcie sobie, że to Wasz największy problem, który właśnie chcecie zwinąć i wyrzucić z życia). Owijamy folią i zostawiamy w lodówce na noc. Czekanie jest najtrudniejszą częścią przepisu, przysięgam.
Na koniec, idąc śladem Michała, przyozdabiamy całość jagodami. Wygląda jak z drogiej cukierni, a smakuje… cóż, przekonajcie się same.
Smacznego! I pamiętajcie – ciasto dzielone z kimś bliskim ma połowę kalorii. Tak słyszałam. My zjedliśmy to ciasto w 6 osób, więc o kaloriach nie mogło być mowy.

