Tatuażysta z Auschwitz – Czy to piękna historia, czy bolesne zakłamanie historii?

W ostatnich latach listy bestsellerów podbiły powieści z „Auschwitz” w tytule. Bez wątpienia na czele tej fali stanął „Tatuażysta z Auschwitz” autorstwa Heather Morris. Miliony ludzi na całym świecie wzruszyły się historią Lale i Gity. Czytelnicy uwierzyli, że to opowieść o wielkiej miłości, która pokonała druty kolczaste. Jednak jako strażnicy pamięci musimy zadać sobie bolesne pytanie. Czy wolno nam zmieniać fabrykę śmierci w terytorium taniego romansu? Ponadto, czy godzi się używać tragedii jako dekoracji dla ckliwej fabuły?

Oświęcim to nie miejsce na randki

Czytając powieść Morris, można odnieść błędne wrażenie co do realiów obozowych. Autorka sugeruje bowiem, że Auschwitz-Birkenau było miejscem niemal swobodnych schadzek. W książce bohaterowie handlują czekoladą i prowadzą miłosne gierki pod okiem SS-manów. To niebezpieczne kłamstwo. W rzeczywistości taki obraz w sposób fundamentalny obraża pamięć ofiar.

Auschwitz nie było  letnim obozem. Było to piekło na ziemi, zaprojektowane jako maszyna do zabijania. Przedstawianie go jako scenerii dla romansu jest więc głębokim brakiem szacunku. Dla większości więźniów codzienność oznaczała paraliżujący strach oraz głód. Dlatego też miłość w takim miejscu nie wyglądała jak w filmach z Hollywood. Była ona raczej cichym dzieleniem się okruchem chleba. W dodatku nikt nie miał wtedy siły na budowanie wielkich narracji w cieniu dymiących kominów.

Prawda historyczna kontra wizja Heather Morris

To, co działo się w blokach doświadczalnych (głównie w słynnym Bloku 10 w Auschwitz I), jest najbardziej drastycznym dowodem na to, że rzeczywistość obozowa nie miała w sobie nic z literackiej wzniosłości. Tam kobiety nie były bohaterkami romansu, lecz numerami w nieludzkim rejestrze „materiałów do badań”.

Porażające są relacje dotyczące masowej sterylizacji, którą nadzorowali profesor Carl Clauberg oraz doktor Horst Schumann. Ich celem było znalezienie metody na szybkie i tanie pozbawienie płodności całych narodów.

Oto wstrząsający cytat z zeznań jednej z ofiar, Aliny Brewdy, lekarki-więźniarki, która asystowała przy tych zabiegach i widziała ich skutki:

„Widziałam setki kobiet, młodych dziewcząt, które po 'zabiegach’ Clauberga stawały się wrakami. Wstrzykiwał im do macic żrące substancje chemiczne bez żadnego znieczulenia. Ich krzyk niósł się po całym bloku. Te kobiety zwijały się z bólu, dostawały zapalenia otrzewnej, a ich ciała puchły do niewyobrażalnych rozmiarów. Mengele i Clauberg traktowali je gorzej niż zwierzęta laboratoryjne – po wszystkim, gdy przestały być 'użyteczne’, po prostu wysyłano je do komór gazowych”.

Inna ocalała, Zofia Stępień-Bator, opisywała cynizm oprawców:

„Schumann naświetlał młode dziewczyny i chłopców promieniami rentgena. Robił to z taką dawką, że na brzuchach i plecach pojawiały się potworne rany i oparzenia, które nie chciały się goić. Potem, by sprawdzić 'efekty’, wycinał im jajniki lub jądra. Wszystko to działo się w pośpiechu, w brudzie, przy akompaniamencie drwin esesmanów”.

Dlaczego „Tatuażysta z Auschwitz” stał się bestsellerem?

Ogromny sukces komercyjny książki Heather Morris jest zjawiskiem, które budzi bolesną refleksję nad kondycją współczesnej kultury. Surowa, naga prawda o Auschwitz jest bowiem zbyt przerażająca dla masowego odbiorcy, wychowanego na kinowych happy endach. Współczesny czytelnik, zamiast konfrontacji z absolutnym nihilizmem i upodleniem, szuka w literaturze pocieszenia, katharsis i iskierki nadziei. W rezultacie Morris dostarczyła globalnemu rynkowi dokładnie to, czego pragnął – emocjonalny „fast-food”, który syci powierzchownym wzruszeniem, nie pozostawiając w ustach gorzkiego smaku popiołu.

Kluczem do zrozumienia tego fenomenu jest fakt, że książka nigdy nie była pisana z myślą o polskim czytelniku, ani o kimkolwiek, kto posiada elementarną wiedzę o realiach życia za drutami. Została skrojona pod zachodnie rynki – od USA po Australię – gdzie Auschwitz funkcjonuje jako odległy, niemal mityczny symbol „zła”, a nie jako realne miejsce kaźni konkretnych ludzi. Dla odbiorcy z tamtych kręgów kulturowych historyczna precyzja jest drugorzędna wobec „siły uczucia”.

Niebezpieczny paradoks

W tym kontekście dochodzi do niebezpiecznego paradoksu: o prawdziwym Auschwitz mówią już dziś w zasadzie tylko Polacy. To my pełnimy rolę niewygodnych strażników pamięci, wytykając palcem błędy merytoryczne, podczas gdy reszta świata oklaskuje zbeletryzowaną, „wygładzoną” wersję piekła. Prawda o niemieckich obozach śmierci stała się po prostu niewygodna – jest zbyt kanciasta, zbyt brutalna i nie pasuje do narracji o uniwersalnym triumfie ludzkiego ducha.

Morris, zamieniając miejsce największej tragedii w dziejach w tło dla romansu, dokonała swoistej kolonizacji pamięci. Świat woli wierzyć w kłamstwo, które daje nadzieję, niż przyjąć do wiadomości, że w Auschwitz miłość najczęściej nie zwyciężała, a człowieczeństwo było systematycznie mielone przez bezduszną, niemiecką machinę zagłady.

Nie powinniśmy promować książek, które zniekształcają rzeczywistość. Auschwitz nie potrzebuje literackich filtrów, aby być ważne dla współczesnego człowieka. Prawda o tym miejscu jest wystarczająco potężna w swojej surowości. Sukces tej książki jest dowodem na to, że w dzisiejszej kulturze prawda historyczna przegrywa z dobrze opowiedzianą, choć fałszywą, historią o nadziei. Prawda o niemieckich zbrodniach jest zbyt surowa, by mogła być „rozrywkowa”, a świat dziś oczekuje od literatury przede wszystkim emocjonalnego komfortu.

Jeśli chcemy zrozumieć, czym był obóz, sięgajmy po autentyczne świadectwa, gdzie autorzy  niczego nie  wymyślali, aby wstrząsnąć światem. Ich ból był prawdziwy, a ich milczenie po wojnie mówi o tragedii więcej niż popkulturowe opowiastki. Szanujmy więc historię taką, jaką była w rzeczywistości. A ta z obozu, była  pełna mroku, z którego miłość rzadko wychodziła zwycięsko.