Kamperem do Grecji

Za oknem prawdziwa zimowa aura – śnieżyca tańczy w najlepsze, mróz szczypie w szyby, a ja, z kubkiem gorącej herbaty w dłoniach, najchętniej uciekam tam, gdzie słońce nigdy nie bierze wolnego. Kiedy świat dookoła robi się biało-szary, moje myśli automatycznie dryfują w stronę wspomnień z minionego lata. A te? Te obfitowały w przygody, o których mogłabym pisać godzinami!

Wyprawa kamperem do Grecji była czymś więcej niż zwykłym urlopem – to była wielka, szalona podróż. Choć droga była długa i pełna niespodzianek, każdy kilometr przybliżał nas do raju. Zapraszam Was na opowieść o tym, jak po pięciu dniach trasy przez Słowację, Rumunię i Bułgarię, w końcu poczuliśmy grecki wiatr we włosach!

Znasz to uczucie, gdy po pięciu dniach walki z mapą, nawigacją (która czasem miewa gorsze dni niż ja przed kawą) i niekończącymi się serpentynami, w końcu czujesz w powietrzu zapach soli, oliwek i… wolności? Tak właśnie wyglądał nasz wielki wjazd do Grecji! Nasz wierny kamper, dzielnie znosił trudy trasy przez Słowację, Rumunię i Bułgarię, a nasza czworonożna gwiazda wyprawy – Gaja – oficjalnie mianowała się kierowniczką zamieszania.

Misja: Przetrwanie (i dobra zabawa)

Pięć dni w drodze to nie rurki z kremem. To raczej pięć dni negocjacji z Gają o to, kto zajmuje więcej miejsca na kanapie (podpowiem: Gaja wygrała 5:0) i próba zmieszczenia wszystkich zapasów karmy obok naszych zapasów lokalnych specjałów. Ale kiedy w końcu przekroczyliśmy granicę z Grecją, wszystkie trudy poszły w zapomnienie. Pierwszy przystanek? Aleksandropolis – brama do greckiego raju!

Miasto z latarnią w tle

Aleksandropolis to nie jest po prostu „kolejne miasto portowe”. To miejsce, gdzie nowoczesność puszcza oko do historii. Choć miasto jest stosunkowo młode jak na greckie standardy (zostało założone w XIX wieku przez rybaków), jego nazwa pochodzi od króla Aleksandra I.

Największą gwiazdą i absolutnym „must-see” jest Latarnia Morska (Faros). Stoi dumnie na nabrzeżu od 1880 roku i ma 18 metrów wysokości. Gaja była nią zafascynowana – głównie dlatego, że to prawdopodobnie największy „słupek”, jaki widziała w życiu. Wieczorami okolica latarni zamienia się w tętniący życiem deptak, idealny na spacer z psem, podczas którego można udawać, że wcale nie zjadło się właśnie trzeciego gyrosa w ciągu dnia.

       Kamperem do Grecji

Historia i kultura (dla ambitnych)

Jeśli uda Wam się na chwilę odciągnąć psa od tropienia śladów lokalnych kotów, warto zajrzeć do:

  • Muzeum Etnologicznego Tracji – mieści się w pięknym kamiennym budynku i pozwala zrozumieć, że ten region to fascynująca mieszanka kultur.

  • Kościoła św. Mikołaja – patrona żeglarzy, co przy naszej kamperowej żegludze lądowej wydawało się bardzo na miejscu.

Plażowy zawrót głowy

Ale umówmy się – po 5 dniach w trasie marzyliśmy o jednym: o wodzie! Aleksandropolis i okolice to prawdziwy raj dla fanów „plażingu”. Wybrzeże ciągnie się kilometrami, a woda ma kolor tak niebieski, że filtry na Instagramie stają się zbędne.

Najbardziej znaną plażą jest Agia Paraskevi w pobliskiej miejscowości Makri. Piaszczyste brzegi, krystaliczna woda i… obłędne tawerny tuż obok. Gaja, jako pies o wysokiej kulturze osobistej, natychmiast przetestowała temperaturę wody (werdykt: „Może być, rzucaj patyk!”). Co ważne dla psiarzy – Grecja jest bardzo przyjazna zwierzakom, o ile szanujemy spokój innych i sprzątamy po swoich pupilach. Znalezienie dzikiego zakątka, gdzie Gaja mogła szaleć bez smyczy, nie stanowiło żadnego problemu.

Kamperowe życie to życie w wersji „slow”

Parkowanie kamperem w Grecji to czysta przyjemność. Budzisz się, otwierasz drzwi i pierwsze, co widzisz, to błękit Morza Trackiego. Poranna kawa pita na składanym krzesełku, z Gają opartą o Twoje stopy, smakuje lepiej niż w najlepszej kawiarni w Atenach.

Aleksandropolis to idealny punkt startowy. Jest tu wszystko: od świetnie wyposażonych campingów po urokliwe zakątki, gdzie można stanąć „na dziko” (z zachowaniem greckich przepisów, oczywiście). Miasto oferuje świetne zaplecze, więc uzupełnienie wody czy zapasów to chwila moment – a potem znów można ruszać przed siebie.

Nasza grecka przygoda dopiero się zaczyna, ale Aleksandropolis skradło nasze serca . To miasto, które nie udaje kurortu z folderu, jest autentyczne, gościnne i pachnie morzem. Gaja już zapowiedziała, że nigdzie dalej nie jedzie, ale my wiemy swoje – Grecja ma jeszcze tyle do zaoferowania!

Zostańcie z nami, bo w kolejnych wpisach opowiem Wam o tym, jak przetrwaliśmy rumuńskie Karpaty i dlaczego Bułgaria to raj dla kamperowiczów. A tymczasem… Kalimera, Ellada!