Ten weekend przeleciał nam w aurze iście walentynkowej, choć zamiast klasycznej kolacji przy świecach, wybraliśmy przygodę na czterech kółkach i dawkę niesamowitej kultury. Nasz kamper, odświeżony i przygotowany na romantyczną sobotę, stał się naszym mobilnym azylem, gdy obraliśmy kierunek: Kraków.
Muszę przyznać, że miasto królów stało się ostatnio nieco mniej łaskawe dla starszych aut. Aby wjechać naszym „domkiem” do strefy, musieliśmy uiścić opłatę – 5 zł za dobę. Płacimy dychę za dwa dni i wjeżdżamy, nie dając się biurokracji pozbawić dobrego humoru. Sobota przywitała nas nieco senną, jesienno-wiosenną aurą. Było pochmurnie, ale ciepło i – co najważniejsze – bez deszczu. Spacer nad Wisłą i obowiązkowa wizyta na Rynku Głównym pozwoliły nam poczuć puls miasta, zanim nadszedł punkt kulminacyjny programu.
Wieczór w Muzeum Manggha: Beniowski Fusion
Tuż przed 18:00 wróciliśmy do kampera, by zrzucić turystyczne buty i wyszykować się na wielkie wyjście. Naszym celem było Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, gdzie tego wieczoru miało odbyć się wydarzenie wyjątkowe: spektakl „Beniowski Fusion”. O 19:00 jesteśmy na miejscu, znajdujemy nasze miejsca i czekamy.
Zanim jednak wybrzmiały pierwsze nuty, prof. Henryk Głębocki wprowadził nas w fascynujący świat Maurycego Beniowskiego. Opowieść o jego życiu – pełnym podróży, buntu i niesłychanych przygód – była idealnym preludium. Ale to, co wydarzyło się chwilę później, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania.
Muzyczny majstersztyk Macieja Łyszkiewicza
Gdy na scenie pojawił się Maciej Łyszkiewicz, autor muzyki, wiedzieliśmy, że czeka nas uczta. I nie pomyliliśmy się. Łyszkiewicz stworzył muzykę, która jest mostem między epokami – Słowacki na jazzowo? Tak, i to w jakim wydaniu!
Muzyka była gęsta od emocji, elegancka, a zarazem nowoczesna. Fortepian Łyszkiewicza w dialogu z kontrabasem Maxa Kowalskiego i precyzyjną perkusją Pawła Dyyaka tworzył fundament, na którym działy się rzeczy magiczne. Szczególne ukłony należą się Olegowi Dyyakowi, który na akordeonie i niezliczonych instrumentach perkusyjnych wyczarowywał dźwięki niemal nieziemskie. To nie był zwykły akompaniament – to był żywy, oddychający organizm dźwiękowy, dopełniony przez świetne głosy chóru (Kinga Kutrzuba i Natalia Szymska).
Kasia Cygan – serce i głos spektaklu Beniowski Fusion
Nad tym wszystkim unosił się jednak głos najważniejszy – Kasia Cygan. To ona była pomysłodawczynią całego przedsięwzięcia i to ona skradła show. Wraz z partnerującym jej Piotrem Urbaniakiem, przeprowadziła nas przez dialog o Beniowskim. Ich poglądy ścierały się na scenie, tworząc iskrzące napięcie, które Kasia rozładowywała swoimi interpretacjami piosenek.
Beniowski w jej wydaniu to nie tylko postać historyczna. To człowiek, który „miał 20 lat, gorące serce i głowę pełną marzeń”. Była w tym miłość, była wojna, była ojczyzna i tęsknota. Głos Kasi – obłędny, głęboki, pełen jazzowej swobody – sprawiał, że półtorej godziny minęło w mgnieniu oka. Krótki bis, choć piękny, pozostawił w nas ogromny niedosyt. Chciało się słuchać więcej i więcej.
Niespodziewany gość
Podczas spektaklu, czekała na nas niespodzianka, której nie wymyśliłby żaden scenarzysta. Na sali obecny był Marcin Benyowszky – autentyczny potomek w linii bocznej Maurycego Beniowskiego! Spotkanie z żywą historią po tak emocjonalnym spektaklu było klamrą spinającą ten wieczór w sposób idealny.
Są tacy artyści, którzy potrafią sprawić, że daty i zakurzone kroniki nagle nabierają barw, dźwięków i rumieńców. Bez wątpienia taką osobą jest Kasia Cygan, dzięki której poznawanie przeszłości staje się niesamowitą przygodą.
Dopiero co żyliśmy historią i emocjami towarzyszącymi projektowi o Bonie Sforzy – jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć po tej fascynującej podróży na renesansowy dwór, a Kasia już wzięła na warsztat kolejną postać – tym razem Maurycego Beniowskiego – podróżnika, awanturnika i króla Madagaskaru. Ubrała tę historię w nowoczesne brzmienia i niesamowitą energię. Pokazała nam kolejną wspaniałą postać w sposób, obok którego nie da się przejść obojętnie. To nie jest zwykła lekcja historii. To doświadczenie, które pokazuje, że nasi bohaterowie z przeszłości byli ludźmi z krwi i kości, pełnymi pasji i odwagi.
Kasiu, dziękujemy za tę pasję i czekamy na więcej! Kogo następnego wyczarujesz nam z kart historii?
Kiedy w końcu opuściliśmy gościnne progi Mangghi, oniemieliśmy. Aura zmieniła się całkowicie. Jesienna szarość zniknęła pod grubą warstwą śniegu. Kraków stał się biały, cichy i jeszcze bardziej magiczny. Tylko w naszych uszach cały czas rozbrzmiewały wspaniałe dźwięki muzyki Macieja Łyszkiewicza i cudowny głos Kasi Cygan. To był wspaniały wieczór.
Noc w naszym domku na kółkach minęła spokojnie, a niedzielny poranek powitał nas słońcem odbijającym się w śniegu. Choć zima wróciła z rozmachem, nie popsuło to naszych planów – wręcz przeciwnie, spacer do kolejnego punktu naszej wyprawy był wyjątkowo urokliwy. Przed nami było Muzeum Banksy’ego… ale o tym, co tam zobaczyliśmy, opowiem Wam już w kolejnym wpisie!






















