148 kilometrów strachu i setki zakrętów, czyli jak zakochaliśmy się w Rumunii jadąc kamperem do Grecji

Plan był prosty, wręcz podręcznikowy: odpalamy naszego ukochanego, wakacyjnego kampera w Polsce. Bladym świtem, jedziemy na południe, mijamy Słowację oraz Węgry, a potem dynamicznie przejeżdżamy kamperem przez Rumunię i Bułgarię, by ostatecznie wylądować na słonecznych plażach Grecji.

Grecja była celem. Rumunia? Rumunia była tym etapem podróży, o którym naczytaliśmy się tylu mrożących krew w żyłach opowieści na forach dla „kamperowców”, że autentycznie czuliśmy gęsią skórkę na samą myśl o przekroczeniu jej granicy. Miało być dziko, niebezpiecznie i nieprzewidywalnie. I wiecie co? Rzeczywiście było nieprzewidywalnie – ale w sposób, który absolutnie skradł nasze serca. Rumunia nas po prostu zachwyciła!

Urzędniczy boks, czyli jak nasz dom na kółkach stał się TIR-em

Nasza wielka rumuńska przygoda zaczęła się od… zimnego prysznica na granicy węgiersko-rumuńskiej. Kiedy dumne podjechałyśmy do okienka, panowie celnicy spojrzeli na naszą maszynę, zmierzyli ją wzrokiem godnym rzeczoznawców i z kamiennymi twarzami oświadczyli:

„To nie jest samochód osobowy. To jest ciężarówka. Proszę jechać na pas dla TIR-ów”.

Na nic zdały się nasze gorączkowe tłumaczenia, pokazywanie dowodu rejestracyjnego, machanie rękami i powtarzanie, że to auto typowo wakacyjne, dom na kółkach, a w środku wieziemy lodówkę, łóżko i zapas strojów kąpielowych do Grecji. Urzędnicza logika była nieubłagana. Spojrzeliśmy w stronę wskazanego pasa i zamarliśmy – kolejka wielkich ciężarówek ciągnęła się przez jakieś 3 kilometry! Chcąc nie chcąc, musieliśmy zawrócić w stronę Węgier, żeby grzecznie, z pokorą manewrować między gigantami i ustawić się na samym końcu tego tytanicznego sznura. I tu spotkała nas pierwsza, niesamowita niespodzianka. Kierowcy TIR-ów, widząc zagubionego, turystycznego kampera z polską rejestracją, zaczęli trąbić, machać i… po kolei przepuszczać nas przed siebie! Dzięki ich niezwykłej solidarności, zamiast spędzić na granicy pół dnia, już po godzinie meldowaliśmy się na terytorium Rumunii.

Morze słoneczników i dreszczyk emocji na Transalpinie – Kamperem przez Rumunię

Czas oczekiwania i stres graniczny zostały nam wynagrodzone niemal natychmiast. Rumunia przywitała nas krajobrazami jak z pocztówki. Przez setki kilometrów towarzyszyły nam gigantyczne, ciągnące się po horyzont, jaskrawożółte pola słoneczników, które dosłownie obracały główki w stronę słońca. Co chwilę na okolicznych wzgórzach wyrastały tajemnicze, gotyckie zamki i warownie, sprawiając, że czuliśmy się jak w bajce.

Prawdziwy test bojowy dla naszego kampera (i moich skołatanych nerwów) nadszedł jednak wtedy, gdy postanowiliśmy przebić się przez pasmo Karpat słynną Transalpiną (drogą krajową DN67C).

To najwyżej położona droga kołowa w Rumunii, osiągająca w swoim najwyższym punkcie – na przełęczy Urdele – aż 2145 m n.p.m. Szosa w obecnym kształcie powstała w latach 30. XX wieku za czasów króla Karola II (stąd często nazywa się ją Drumul Regelui, czyli Drogą Króla), choć jej początki sięgają jeszcze czasów rzymskich legionów. Ma długość dokładnie 148 kilometrów i… niezliczoną liczbę zakrętów. Niektórzy naliczyli ich kilkaset, ale wierzcie mi – po pięćdziesiątym ostrym nawrocie nad przepaścią przestaje się liczyć.

Trasa jest po prostu obłędna, ale i niesamowicie wymagająca. Silnik kampera wył na wysokich obrotach, a ja kilka razy miałam szczerą ochotę wysiąść z samochodu i iść przed siebie piechotą, byle tylko nie patrzeć w dół. Jednak natura szybko wybiła mi ten pomysł z głowy…

Pluszowe niedźwiadki (których lepiej nie przytulać)

Podczas pokonywania kolejnych kilometrów, nagle na poboczu drogi dostrzegłyśmy… niedźwiedzia. A potem kolejnego! Rumunia jest domem dla największej populacji niedźwiedzia brunatnego w Europie (szacuje się, że żyje ich tu od 6 000 do nawet 8 000 osobników). Z powodu rosnącej turystyki, wiele z nich kompletnie przyzwyczaiło się do widoku samochodów i dosłownie koczuje przy drogach, licząc na przekąski od podróżnych.

Siedząc bezpiecznie w zamkniętym kamperze, zafascynowana robiłam im zdjęcia przez szybę. Wyglądają niesamowicie sympatycznie, wręcz jak wielkie, pluszowe maskotki, które proszą o jedzenie. Pamiętajcie jednak: to wciąż potężne, dzikie drapieżniki. Choć kuszą do zrobienia sobie z nimi „selfie życia”, lepiej nie zakolegowywać się z nimi bliżej i pod żadnym pozorem nie otwierać drzwi pojazdu! Te „miśki” skutecznie zniechęciły mnie do jakichkolwiek pieszych spacerów po Transalpinie.

Widoki, które zostają w sercu na zawsze

Trud wspinaczki i chwile grozy znikają jednak w ułamku sekundy, kiedy człowiek spojrzy za okno. Widoki z Transalpiny dosłownie zapierają dech w piersiach. Majestatyczne, surowe szczyty górskie pasma Parâng (z widocznym w oddali, potężnym szczytem Vârful Carja czy Păpușa), krystalicznie czyste, polodowcowe jeziorka, ryczące wodospady i gęste lasy reglowe ustępujące miejsca halom pasterskim. Przestrzeń, jaka się stamtąd roztacza, sprawia, że człowiek czuje się niesamowicie maleńki wobec potęgi natury. Ta wyprawa zapada w pamięć na całe życie.

Co ciekawe, Karpaty rumuńskie można pokonać jeszcze jedną, alternatywną i równie legendarną trasą – Trasą Transfogaraską (DN7C). Ponieważ Transalpina tak nas oczarowała, postanowiliśmy, że drogę powrotną z Grecji zaplanujemy właśnie przez „Transfogarasz”. Ta trasa, wybudowana w latach 70. przez dyktatora Nicolae Ceaușescu, jest równie widowiskowa, naszpikowana wiaduktami, tunelami i przecina pasmo Fogaraszy z widokiem na najwyższy szczyt Rumunii – Moldoveanu. Obie te drogi to absolutny must-have dla każdego fana caravaningu.

Rumunii baliśmy się bezgranicznie, a wracaliśmy z niej z poczuciem, że to piękny,  gościnny i fascynujący kraj. Jeśli tak jak my planujecie podróż na południe Europy – nie traktujcie Rumunii tylko jako kraju tranzytowego. Dajcie się jej zaskoczyć!